Nowe opowiadania Kai’Sy i Sejuani


Na stronie Uniwersum pojawiły się dwa nowe opowiadania Kai’Sy i Sejuani.


Opowiadanie:Węzeł śmierci

Sejuani wbiła topór w pień. Pięć uderzeń wystarczyło jej do powalenia drzewa, ale po ścięciu tuzina dostała zadyszki. W zimnie Córy Lodu rosły w siłę, lecz południowy żar je osłabiał.

Jej zmęczeni wojownicy wznieśli radosny okrzyk. Choć była ich tylko setka, ryk odbił się echem wśród wzgórz.

Czas podchodów minął. Południowcy zebrali armię liczącą tysiące głów i byli nie dalej niż pół dnia drogi za nimi. Zwiadowcy wroga obserwowali ich ze wzgórz nieopodal.

Trzon wojsk Sejuani został na dalekiej północy i czerpał garściami z darów lata — wypasał stada, łowił ryby i polował. Rozesłała wzdłuż demaciańskiej granicy niewielkie wyprawy łupieżcze, by niszczyły miasta, paliły plony i dewastowały strażnice. Liczyła na to, że gdy nadejdzie zima, jej horda z łatwością wtargnie na osłabione tereny i złupi ziemie leżące dalej na południe.

Do Sejuani podeszła Pani Blizn Kjelk. Tak jak reszta wojowników dosiadała drüvaska, większego od wołu stworzenia podobnego do dzika.

— Wojmatko, wróg gromadzi się na drugim brzegu rzeki! — powiedziała Kjelk, zatrzymując swojego potężnego wierzchowca.

— Pokaż — odparła Sejuani i wskoczyła na własnego drüvaska, Bristle’a. Był dwukrotnie wyższy niż inne osobniki i szeroki niczym mamut.

Razem zjechały zboczem, mijając wojowników, którzy wiązali bele w tratwy. Jechała brzegiem w ślad za Kjelk, aż futro na grzbietach ich wierzchowców zalały krople potu.

W dół nurtu za wodospadem, zaledwie trzysta kroków od rzeki, z lasu wyłaniali się ukryci do tej pory demaciańscy harcownicy, którzy teraz schodzili po gołej skale. Był to wysunięty odział oskrzydlający złożony z kilkuset łuczników i włóczników. Żołnierze dostrzegli dwie Freljordczanki na drüvaskach, ale dalej zmierzali w obranym kierunku.

Svaag! — Sejuani splunęła w nurt przed sobą. Zimą mokradła, jeziora i rzeki takie jak ta zamarzały i stawały się traktem dla jej szybkich formacji.

Zabrzmiał róg. Sejuani nie potrzebowała zwiadowcy, by oznajmić jej, że przybyły główne siły wroga. Odwróciła się i dostrzegła na wzgórzach błyszczące w słońcu zbroje. Plan Demacian był prosty.

Gdyby jej oddział chciał się przeprawić na tratwach, deszcz strzał harcowników wybiłby połowę jej towarzyszy broni. Potem włócznicy dzięki przewadze wysokości zdołaliby zatrzymać resztkę jej formacji na dość długo, by główne siły wroga dołączyły do walki i starły ich w proch.

Wściekła i zasępiona Sejuani trąciła Bristle’a, a olbrzymia bestia ruszyła biegiem przez zarośla i płyciznę w stronę tratw.

Większość wojowników dostrzegła już nieprzyjaciela i szykowała się do ucieczki brzegiem. Drużyna była przejęta strachem, lecz nie przed bitwą, a pułapką, jaką zastawili południowcy.

— Wróg wyśle jeźdźców, żeby odciąć nam drogę ucieczki wzdłuż brzegu. Z armią schodzącą ze wzgórz nie mamy szans. Musimy się przeprawić. Teraz — rozkazała Sejuani.

Wojmatka wzięła krótki, nie dłuższy od kciuka, owinięty skórą patyk i włożyła go między zęby. Następnie rozwinęła swój korbacz — Furię Zimy. Każde ogniwo łańcucha broni było wielkości dłoni, a jego koniec zwieńczał niespotykanie wielki kawałek Prawdziwego Lodu, większy, niż ktokolwiek widział. Jego magiczne zimno wzbudzało mgliste opary.

Sejuani zacisnęła zęby na owiniętym w skórę drewnie, żeby wytrzymać ból wywołany magią oręża. Dzierżenie Prawdziwego Lodu zawsze miało swoją cenę. Zimno skuło jej ramię i sprawiło rozpaczliwy ból. Oczy Sejuani zaszkliły się łzami, które zamarzały na policzkach i błyszczały niczym diamenty. Jednak wojownicy brali grymas twarzy wojmatki za wyraz determinacji i furii. Zakręciła bronią i uderzyła w wodę.

Na rzece utworzył się pomost z lodu, który jednak, zgodnie z jej przewidywaniem, natychmiast został zburzony przez cieplejszy prąd. Lód nie zdoła utrzymać ciężaru oddziału Sejuani.

Z drugiego brzegu łucznicy oddali już pierwsze strzały w kierunku jej formacji, testując granicę swojego zasięgu. Niewiele grotów przekroczyło rzekę, choć dało się usłyszeć drwiące pokrzykiwania południowców.

Sejuani odłożyła Furię Zimy, wypluła patyk i zdjęła hełm. Następnie odwinęła z nadgarstka dratwę z wilczych kiszek. Na widok tej prostej czynności jej ludzie wrzasnęli z aprobatą.

Zaczęli skandować okrzyk bojowy. Strach ich opuścił, bo wiedzieli, że są świadkami czegoś niezwykłego. Sejuani składała właśnie najświętszą przysięgę swojego ludu.

Wiązała węzeł śmierci.

Rozplątała warkocze i zgrabnie wplotła nić we włosy. Zastanowiła się, ile razy składała już przysięgę śmierci. Z tuzin? Więcej niż inni znani jej wojownicy. Kiedyś w końcu polegnie lub poniesie porażkę. Czy dzisiaj?

Gdy zaciskała węzeł, strzały zaczęły już bić w ziemię wokół niej. Część jej wojowników odpowiedziała ogniem, ale wiatr był przeciwko nim.

— Jestem Sejuani, wojmatka Zimowego Szponu! Jestem Furią Zimy! Jestem Korbaczem Północnych Wiatrów! — wykrzyknęła, gdy zacisnęła już ostatni trójkątny węzeł na włosach. — Choćbym poległa, utrzymam brzeg, dopóki się nie przeprawicie. To moja przysięga! Już dostrzegam wilka. A mój los jest… spleciony!

Wojownicy wiwatowali ze wszystkich sił, aż pozdzierali gardła. Wiele oczu błyszczało od łez wzruszenia, gdyż Sejuani poprzysięgła właśnie, że wybawi ich, choćby i za cenę własnego życia.

Dalsze rozkazy były zbędne. Przyszykowali broń i wspięli się na tratwy. Jeśli przeprawiliby się dość szybko, może zdołaliby ją jeszcze uratować.

Sejuani włożyła owinięty skórą patyk z powrotem między zęby. Przesunęła palcami po szorstkim futrze na grzbiecie Bristle’a, który nie potrzebował ani słów, ani przysiąg, aby pojąć jej zamiary. Bestia chrząknęła i zwróciła się ku wodzie.

Sejuani ponownie zamachnęła się Furią Zimy. Wyczerpana, przepełniona bólem i spocona od gorąca uderzyła w taflę wody…

Powstał lodowy pomost, po którym ruszył Bristle. Lód pękał i uginał się, ale jej wierzchowiec biegł niezachwianie.

Wokół niej padały strzały — tym razem nie salwy próbne, a czarny deszcz pocisków. Sejuani wzniosła tarczę wysoko ku górze, lecz kilka grotów i tak dosięgło jej barków oraz ud. Tuziny przebiły skórę Bristle’a.

Nagle, ledwie w połowie drogi, most się zapadł, a wojmatka wpadła do wody.

Bristle walczył, by nie pójść na dno. Desperacko próbował utrzymać ich oboje na powierzchni. Strzały spadały nadal. Odległy brzeg zniknął jej z oczu. Sejuani widziała jedynie deszcz czarnych grotów i wodę czerwoną od krwi Bristle’a.

Potężna bestia wydawała z siebie ryk przypominający połączenie grzmotu błyskawicy i dziecięcego zawodzenia. Bristle prysnął wodą. Sejuani bez namysłu pochyliła się, osłaniając jednocześnie siebie i grzbiet wierzchowca. Przykryła tarczą jego pysk, by złagodzić mu mękę.

Przez głowę przemknęło jej, że być może właśnie nadszedł dzień ich śmierci.

Bristle znalazł nagle oparcie dla łap w płyciźnie. Zamiast pójść na dno wielka bestia w olbrzymich rozpryskach wody pomknęła na brzeg.

Sejuani uniosła się w siodle i rzuciła przed siebie korbacz, który wyzwolił eksplozję lodu. Wybuch rozerwał na strzępy tuzin nieopancerzonych łuczników. Bristle ubódł i stratował kolejnych dwóch. Inni zaczęli uciekać z powrotem na wzgórze, szukając osłony za włócznikami, którzy uformowali linię tarcz mającą powstrzymać jej atak. Choć łucznicy mieli za chwilę wystrzelić salwę, a włócznicy ruszyć na nią całą formacją, Sejuani jedynie wyszczerzyła zęby w uśmiechu, wiedząc, że strzelcy stracili swoją okazję.

Gdy się obejrzała, dostrzegła, jak jej wojownicy przeprawiają się przez rzekę bez obaw o ostrzał, który ona przyjęła na siebie. Sejuani wciąż nie była pewna, czy dożyje kolejnego dnia, ale wypełniła przysięgę i nie zawiodła swojego ludu…

I nic innego nie miało znaczenia.

Opowiadanie: Potwór

Jeśli wiesz, gdzie szukać, pod ziemią znajdziesz światło.

Jeśli wiesz, jak szukać.

Nie potrzebuję światła, aby widzieć. Już nie.

Moje oczy widziały jedynie odcienie czerni, ale nabyłam wzrok, który pokazuje mi o wiele więcej, niż myślałam, że jest możliwe. Teraz postrzegam kolory, które nie występują w naturze, barwy i odcienie ukazujące, że ściany oddzielające nas od potworów wcale nie są wytrzymałe — są tak cienkie jak malowane tło wywieszone przez aktorską trupę.

Czasami chciałabym nie widzieć tych rzeczy, ale potem przypominam sobie, że umarłabym dawno temu, gdybym nie zaadaptowała się do życia tu, na dole.

Czasami zastanawiam się też, czy śmierć nie byłaby dla mnie lepsza.

Mężczyzna, którego ciągnę za sobą, nie widzi tak jak ja. Prawdę mówiąc, w ciemności nie widzi prawie nic. Jedyne światło tutaj to dyskretny blask sączący się z wybrzuszonych komór, które wyrastają z moich ramion.

To wciąż o wiele za mało, żeby ludzkie oczy widziały wyraźnie, przynajmniej przy prędkości, z jaką się poruszamy.

Mężczyzna jest przestraszony i potyka się co krok.

Tutaj jest niczym, ale na powierzchni jest przywódcą, hetmanem pustynnej wioski.

Dlatego zabrałam go ze sobą. Musi zobaczyć zagrożenie czyhające na dole, żeby w pełni zrozumieć, w jakim niebezpieczeństwie znajduje się jego lud.

W połowie ciągnę go za sobą, a w połowie podpieram, co byłoby trudne, gdyby nie siła zapewniana mi przez żywy pancerz.

Przywiera on do mojej skóry na całej powierzchni ciała, jak gdyby tysiąc maleńkich haczyków wbijało się we mnie. Już nie jestem do końca pewna, gdzie kończy się jego falista, lecz solidna powierzchnia, a gdzie zaczynam się ja. Kiedyś bezustannie odczuwałam ból i nienawidziłam szorstkiego niczym język kota dotyku okrywającego mnie pancerza.

Teraz już ani trochę mi to nie przeszkadza, bo oznacza, że nigdy nie jestem zupełnie sama.

Dawniej, kiedy rósł i stopniowo pokrywał ciało, myślałam, że słyszę jego szepty w mojej głowie, ale wydaje mi się, że był to mój własny głos starający się uchronić mnie przed popadnięciem w obłęd z bólu i samotności.

Przynajmniej taką mam nadzieję.

Skała pode mną jest gładka i połyskliwa, lecz nie stworzył jej przepływ magmy, a migracje istot żyjących głęboko w ziemi, które wypełzają z głębin niczym robaki drążące gnijący miodowy owoc.

Ludzie z powierzchni nadali nazwę temu podziemnemu światu, wyrażając to, co robi, to, czym jest.

Pustka.

Tkwię tutaj, na dole, od tak dawna, że zdaję sobie sprawę, iż ta nazwa nawet nie zaczyna opisywać realnego zagrożenia i potworności czających się w mrokach głębin — nie zaczyna opisywać prawdziwej natury Pustki. Potwory, które wydostają się na powierzchnię, żeby polować i zabijać, są jedynie przednią strażą tego, co żyje głębiej, a i tak wykraczają poza granice pojmowania ludzi mieszkających na górze.

Gdyby ci ludzie rzeczywiście znali prawdę, nigdy nie zbliżyliby się na odległość tysiąca mil do miejsca, w którym niegdyś leżała Icathia, ale śmiertelnicy przodują w puszczaniu rzeczy w niepamięć. Upływ lat wypacza obraz okropieństw z przeszłości. Nauka okupiona krwią i cierpieniem żyje dalej głównie w strasznych historiach opowiadanych przez podróżników przy ognisku i ludowej tradycji. Powieś księżycowe perły nad swoim paleniskiem, pomódl się do Nasusa, żeby pilnował twojego domu albo zostaw parę kóz na zewnątrz, żeby zaspokoić potworny głód bestii.

Lecz stworzenia z Pustki nie przypominają zwykłych drapieżników.

Pamiętam, że kiedy byłam małym dzieckiem, widziałam rój polujących w stadzie kmirosów zabijających rannego skallashiego. Straszliwie się popłakałam, ale nie znienawidziłam kmirosów za zabicie tego olbrzyma o łagodnym usposobieniu. Taka po prostu była ich natura. Stworzenia na powierzchni zabijają, żeby mieć co jeść. Są głodne, a nie złe.

Dzieci Pustki zabiją cię tylko dlatego, że żyjesz.

— Proszę — błaga mężczyzna za mną. Już prawie zapomniałam, że go trzymam. — Proszę, puść mnie.

Wydaje z siebie głęboki szloch, gdy zatrzymuję się i mocno przyciskam go do ściany.

Nie potrafię stwierdzić, czy myśli, że go zabiję, czy że go puszczę.

Fioletowy blask narasta wokół moich dłoni, tworząc połyskujące ostrza zabójczego światła.

Ich raptowne pojawienie się wpływa na mój wzrok. W krwi przepływającej przez jego ciało widzę promieniejące nitki magii.

Jej cząsteczki wzbijają się w powietrze z każdym panicznym oddechem i każdą łzą spływającą po jego policzkach. Jest delikatna, prawie jej nie ma, ale drapieżnicy z Pustki wyczują ją i zlecą się do niej jak piaskowe muchy do łajna.

Moja opancerzona skóra chce pożywić się tym mężczyzną. Wzdrygam się, gdy uświadamiam sobie, że jakaś część mnie też chce to zrobić.

Jest słaby, jak wszyscy inni na powierzchni. Zanurzenie moich świetlanych ostrzy w jego ciele byłoby aktem łaski w porównaniu z unicestwieniem jego duszy, którego dokonałyby potwory z głębin.

Nie! Ja chronię ludzi z powierzchni. Dlatego jestem dziewczyną, która powróciła.

Tłamszę mordercze zapędy stroju, a blask wydobywający się z moich zesztywniałych palców znika. Zaciskając je w pięści, biorę rozedrgany wdech.

Mój wzrok wraca do normalnego stanu. Rozglądam się i zauważam, że nie jesteśmy tam, gdzie spodziewałam się być.

Jesteśmy o wiele bliżej powierzchni, niż zakładałam, przez co to, co widzę, jest podwójnie niebezpiecznie. Skała tworząca ten tunel pobłyskuje niczym sklepienie jaskini nad podziemnym jeziorem, migocząc światłem z wymiaru nieznanego rasom żyjącym na powierzchni.

Znajdujemy się na skraju bezdennej otchłani, w której granice dwóch wymiarów mieszają się ze sobą jak piaskowe morza Zoanthy. Wygląda to jak lśniący ocean mdłego światła, przelewający się, będący w ciągłym stanie rozstępowania i zstępowania się. Kipi od potężnych energii, które co jakiś czas formują obmierzłe sylwetki przypominające lewiatany, żyjące ponoć w oceanach, o których słyszałam tylko w opowieściach.

Bycie tak blisko jest niebezpieczne, ale ten człowiek musi to zobaczyć.

Bezduszne, czarne oczy wyłaniają się i zaczynają patrzeć.

Spirale materii przybierają ohydne kształty.

Zgięte kręgosłupy prostują się, chwytające kończyny rozciągają, a zakrzywione szpony formują się w ciekłym szaleństwie. Obłąkana ewolucja powołuje do życia przejrzyste potwory przy akompaniamencie rozdzierających, jazgotliwych krzyków towarzyszących narodzinom.

Są tutaj…

— Otwórz oczy — mówię hetmanowi.

Mój głos zniekształca się przez maskę, jedną z części mojego stroju, i nie brzmi jak żaden z języków śmiertelników — to raczej chrapliwe, zwierzęce warknięcie. Hetman kręci głową. Nie rozumie mnie.

Moje słowa brzmią tak, jakbym dławiła się krwią.

Jedną myślą odchylam chitynowe płaty mojego hełmu, które zwijając się, wchodzą jeden pod drugi niczym pancerz owada chowającego skrzydła.

— Otwórz oczy — mówię jeszcze raz i tym razem hetman rozumie.

Wydaje z siebie okrzyk przerażenia, gdy widzi moją ludzką twarz.

Jak teraz wyglądam?

Czy aż tak bardzo inaczej? Czy wyglądam, jakby tutaj było moje miejsce?

Od tak dawna nie widziałam swojej twarzy. Mam nadzieję, że wciąż wygląda tak, jak ją zapamiętałam.

Światło wzmaga się, gdy hetman odwraca się ku otchłani. Te kotłujące się, rosnące w niej istoty sięgają ku nam, a jego oczy rozszerzają się ze strachu, gdy wreszcie uświadamia sobie, dlaczego go tu przywiodłam.

Tysiące jazgoczących potworów wynurzających się z oceanu szaleństwa, który sięga serca świata i jeszcze dalej. Nie wiem, czym naprawdę jest ani skąd się wziął.

Wiem tylko, że wydaje na świat nieskończone hordy zdeformowanych koszmarów, które szponami torują sobie drogę przez skałę, czując niepohamowaną potrzebę zabijania i unicestwienia świata na górze.

Ich liczebność stale rośnie i tylko ja mogę to powstrzymać.

Nachylam się nad mężczyzną i mówię: — Widzisz je? Rozumiesz już?

Przerażony kiwa głową, a ja wreszcie go puszczam.


Patrzę, jak hetman z trudem brnie ku światłu powierzchni, po czym odwracam się, słysząc za sobą zgrzytanie szponów o kamień. Ramiona, które nie mają prawa bytu w naturze, chwytają się krawędzi otchłani, ciągnąc za sobą potworne okropieństwo złożone z szorstkich, twardych płyt, kostnych wypustek i ciała barwy martwego noworodka. Dopiero przybyło na ten świat i wciąż jest wilgotne i połyskliwe, lecz w czarnych oczach, które pulsują życiem na jego górnym pancerzu, pała nieskończona nienawiść. Kończyny-ostrza odchodzą na boki z jego bladego brzucha, a otwór gębowy bez ust rozwiera się wzdłuż gardła, ukazując szeroką szramę pełną szklistych białych kłów i ściekającego śluzu.

Za tą potwornością szybko wychodzą inne, mniejsze, lecz równie zaciekłe. Sama ich obecność zniekształca powietrze, a cząstki rozpadającej się materii unoszą się jak czarny dym ze skał pod ich szponami.

Smród ich bliskości jest przerażający, fala gorąca rozchodzi się po moim ciele.

Reakcja na zagrożenie wtłacza moc w moje kończyny.

Kiedyś zwalczałam takie zapędy, ale teraz rozumiem, że to one trzymały mnie przy życiu, to one pozwalały mi podejmować walkę.

Maska pancerza opada mi na twarz. Wzrok znowu się zmienia.

Ta przemiana była kiedyś nie do zniesienia, ale teraz witam ją z radością.

Widzę światło. Widzę życie i słabe punkty moich ofiar. Znowu jestem drapieżnikiem.

Płyty zrośnięte z moimi ramionami przeobrażają się i przekształcają, ustępując miejsca lśniącym komorom. Narasta w nich oślepiające światło. Wyję, gdy zadająca ból nawałnica gorących pocisków leci w kierunku stworzeń.

Mniejsze z nich natychmiast wybuchają, bryzgając fioletowymi płynami i kawałkami nienaturalnego ciała.

Ich krew tryska na mnie, a zakrzywione płaty mojego pancerza łapczywie ją spijają.

I mimo że odżywia mnie ona, z obrzydzenia żołądek podchodzi mi do gardła.

Rzucam się biegiem naprzód, rozkładając ramiona i spowijając dłonie ostrzami ze światła. Odbiwszy się od ściany tunelu, wyskakuję w powietrze, żeby wystrzelić pulsujące wiązki fioletowego ognia w większą potworność. W jej ciele powstaje wyrwa, z której wylewa się czarny jak smoła śluz.

Wyje z bólu, uderza wygiętymi w niepojęty sposób kończynami.

Ląduję i przetaczam się pod ostrzami, które z nich wystają, po czym podnoszę się na ugięte nogi i posyłam kolejną wiązkę pocisków. Palą one ciało stwora z nieposkromioną furią, jak gdyby ogień stworzony przez takich jak on był dla niego bardziej śmiercionośny niż jakikolwiek inny.

Robię salto do tyłu, gdy jego cielsko upada na ziemię. Nie jest martwy… cokolwiek to znaczy dla Dzieci Pustki.

Zasysa do swych kończyn krew mniejszych stworzeń, wypijając ich esencję. Pajęczyny światła i rozedrganej materii spajają jego ciało jak tkaczka zszywająca podarty koc. Jego ogromne cielsko wpada w konwulsje, trzęsie się, gdy regeneruje zranione mięśnie, wypycha na zewnątrz nowe kończyny i utwardza słabe punkty. Płonące macki ciemnego światła wystrzeliwują z rozdzielającego się ciała, strzelając o ziemię niczym bicze.

Lita skała topi się jak wosk, gdy traci swoją trwałość. Jedna z macek ociera się o moje kolano. Tracę równowagę, a część mojego pancerza znika w gęstej chmurze czarnego dymu.

Zauważam pod nim swoją skórę, pobielałą, wyzutą z życia i żywotności, przypominającą ślepe jaszczurki, które ryją nory pod skałami na pustyni. Obrzydza mnie ten widok, ale nie potrafię stwierdzić, czy to dlatego, że moje ciało wygląda na martwe, czy dlatego, że przypomina mi o tym, jaka byłam.

Ta myśl wybija mnie z rytmu.

Tylko na chwilę, ale to i tak wystarczająco długo. Zostaję osaczona przez Dzieci Pustki i drapieżne stworzenia.

Istota o rozmiarach niemalże dwukrotnie przewyższających moje zmiata mnie z nóg. Jej szpony tną mnie po piersi. Jej szczęki zaciskają się wokół mojej głowy. Jej kły wrzynają się głęboko w moją maskę. Widzę jej ruchliwą, pełną zębów gardziel, a przypominający trąbę język próbuje jakoś się do mnie dostać.

Wbijam pięści w ciało potworności i strzelam w nie fioletowym ogniem, dopóki nie jest już w stanie tego wytrzymać. Eksploduje mrowiem twardej chrząstki i nienaturalnego mięsa, a mój strój karmi się energią wyzwoloną przez jej śmierć.

Szpony tną, zęby kłapią. Robię przewrót w bok, więcej fioletowych płomieni wystrzeliwuje z moich dłoni. Skaczę i skrętem ciała unikam ataków. Sama liczebność działa na ich korzyść. Jeszcze więcej stworzeń wylewa się zza krawędzi otchłani.

Ta wzburzona fala organicznych pancerzy, pazurów i furii szybko mnie przytłoczy.

Komory na moich ramionach wybuchają coraz potężniejszymi wiązkami śmiercionośnego ognia, ale to za mało, żeby je powstrzymać. Nie wiem, czy Pustka jest zdolna do nienawiści, ale wydaje mi się, że te potwory mnie nienawidzą. Jestem dla nich czymś z ich świata, ale również czymś, co musi zostać zniszczone.

Ciekawe, czy postrzegają mnie aż tak bardzo inaczej niż ludzie na powierzchni.

Otaczają mnie. Przypominam sobie skallashiego zabitego przez kmirosy.

Ale ja nie jestem zwierzyną łowną. Potrafię się postawić.

Obracam się na pięcie, płonącymi pięściami rysując w powietrzu wokół siebie fioletowy pierścień ognia.

Stworzenia wycofują się w obliczu jego mocy, dając mi chwilę wytchnienia. Zauważam wyjście z sytuacji. Manewruję między stworami, pozostawiając za sobą stertę rozprutych ciał. Poruszam się z niesłychaną prędkością. Obserwuję, jak Dzieci Pustki poruszają się wokół mnie, wyglądają na otępiałe. Nie są w stanie za mną nadążyć. Zabijam je każdym pustoszącym strumieniem ognia, każdym uderzeniem dłoni otoczonych ognistymi ostrzami.

Wypadam na wolną przestrzeń.

Odwróciwszy się, puszczam się biegiem, by oddalić się od otchłani.

Nie biegnę dość szybko, żeby zgubić stwory, ale też nie na tyle wolno, żeby dać się dogonić.


Tracę rachubę czasu.

Łatwo o to w ciemnościach.

Czasami zapominam o tym, jak wygląda słońce albo o tym, jak kiedyś śledziliśmy wzrokiem cienie, żeby zorientować się, jaką mamy porę dnia.

Dla kogoś urodzonego wśród palących piasków zapomnienie słońca to powód do płaczu. Pamiętam, jak wisiało na niebie niczym złote oko, a jego oślepiające światło odbijało się w wodzie. Pamiętam, jak niosące radość ciepło wypełniało moją pierś przy każdym oddechu.

Lecz nie czuję się już przywiązana do tych wspomnień.

To jak pamiętanie czegoś zasłyszanego od kogoś innego, czegoś, czego sama nigdy nie znałam ani nie czułam.

Wypieram te wspomnienia.

Tylko mnie rozpraszają, niechybnie by mnie spowolniły i wpędziły do grobu.

Ale nie mogę nic na to poradzić. Istota mojego jestestwa, ta część mnie, która ciągle jest małą dziewczynką, stale pokazuje mi te rzeczy, stale próbuje przypomnieć mi, kim kiedyś byłam.

Stwory z otchłani nadal mnie gonią, wypełniając tunele za mną swoim skowytem i dźwiękami tnących szponów. Zawiodłam je z dala od miejsca, w którym puściłam hetmana wolno, zaciągnęłam je głębiej na pustynię, w stronę utraconej krainy, z której przybyły.

Robiłam już tak wielokrotnie i to na pewno nie będzie ostatni raz.

Walczę i uciekam, nigdy nie pozwalając, by mnie otoczyły.

Jak w tańcu. Tańcu bez końca.

Ich głód da się wyczuć. Zabiłam tak wiele z nich, ale zawsze jest ich więcej.

Staram się nie myśleć o ich nieskończonych szeregach. Gdybym za dużo nad tym rozmyślała, straciłabym wolę walki, a nie mogę sobie na to pozwolić. Nie kiedy na tym świecie żyją ludzie, na których mi zależy.

Niczym słońce ich imiona i twarze coraz bardziej się ode mnie oddalają.

Ale mam świadomość, że wciąż są nade mną. Czasami tam wracam, żeby przypomnieć sobie, jakie to uczucie mieć nad sobą niebo. Albo żeby odetchnąć powietrzem, które nie jest przesiąknięte gorzkim smakiem czegoś okropnego i niezmiernie wrogiego. Od dawna nie wybrałam się na powierzchnię. Im więcej czasu tam spędzam, tym bardziej pali mnie tamtejsze powietrze. Obawiam się, że tak bardzo przyzwyczaiłam się do ciemności, że skąpany w słońcu świat na powierzchni już mnie nie chce.

Pamiętam, jak spotkałam tam na górze dziewczynę.

Była młoda, jak ja dawniej, i nie pałała do mnie nienawiścią. Zobaczyła, czym jestem, i nie uciekła z przerażenia tak jak większość ludzi. Zobaczyła też, kim byłam kiedyś, ale większość osób pozostaje na to ślepa.

Widzą tylko strój i czują jego pierwotną żądzę unicestwienia ich.

Nie mogą nic na to poradzić i nie mam im tego za złe, ale boli mnie to.

Boli mnie to, bo wiem, że byłam taka jak oni, a teraz

Teraz nie wiem nawet, czym jestem.

Ale mimo wszystkich zmian i mimo tego, że stałam się czymś, czego się boją i czego nienawidzą, zachowałam w sobie ludzki pierwiastek. Jeśli tylko uda mi się zachować tę cześć mnie, która kiedyś była małą dziewczynką, przekuję wszystkie okropne rzeczy, które mnie spotkały, w coś dobrego i szlachetnego.

Ale czuję, że mi ucieka.

Co, jeśli o niej zapomnę?


W stworzeniach z Pustki zachodzi zmiana.

Niemalże natychmiastowo wyczuwam zwrot w ich intencjach. Trudno stwierdzić, co dokładnie się zmieniło, ale jasnym jest, że przestały mnie ścigać, jakby zupełnie straciły zainteresowanie.

Jakby znalazły sobie lepszy cel dla swojej nieposkromionej żądzy niszczenia.

Uderza mnie okropne podejrzenie i natychmiast oddalam się od stworów za sobą.

Dzięki mojemu pancerzowi jestem od nich szybsza i poruszam się po tunelach niczym duch, wybierając powykręcane ścieżki, o których wiem tylko ja. Czuję, że zapał ścigających mnie istot powoli stygnie, gdy zaczynam piąć się z powrotem ku powierzchni, odczuwając gorące napięcie świata nade mną.

Starałam się utrzymać potwory blisko siebie i odciągnąć je od osad na powierzchni, ale kiedy wychodzę na słońce przez ukrytą szczelinę na szczycie samotnej iglicy z gołej skały, widzę, jak bardzo się myliłam.

Naprawdę myślałam, że sprowadzam stwory na manowce.

Ogromna czaszka umieszczona na kamieniu na szczycie iglicy stanowi swego rodzaju znacznik.

To ostrzeżenie. Znak mówiący o tym, że te tereny nie są bezpieczne.

Wiem dokładnie, czym jest, bo to ja go tutaj umieściłam.

Mając jedną stopę na czaszce, spoglądam w dół na osadę pełną ludzi.

Hełm zwija mi się z twarzy i widzę własnymi oczyma.

Pode mną znajdują się schludne i mądrze rozplanowane ulice, przebiegające między solidnymi budynkami zbudowanymi z wypalonych w słońcu cegieł. Na południowym skraju osady widać jedwabne markizy tętniącego życiem rynku, a na dachu czegoś, co wydaje mi się być świątynią, dostrzegam złoty dysk. Śmiechy dobiegają mnie aż na szczycie iglicy.

Czuję zapach piekącego się mięsa, zwierzęcych odchodów i odurzającą woń przypraw.

To zapachy życia, chleb powszedni świata na powierzchni.

Na chwilę myślami przenoszę się do na wpół zapomnianej młodości, kąciki moich ust układają się w coś, co mogłoby uchodzić za uśmiech.

Potem przypominam sobie, co czai się pod piaskami i niepełny uśmiech znika z mojej twarzy.

Serce bije mi w piersi jak młot, oddychanie przychodzi z trudem.

Czy oni nie są świadomi niebezpieczeństwa, w jakim się znajdują?

Wewnętrzna powierzchnia mojego pancerza zaciska się mocno na mojej skórze. Z bólu opadam na jedno kolano. Pancerz czuje głód i zastanawiam się, na ile sama wybrałam swoją ścieżkę, a na ile to on mną kierował.

Moje wyostrzone zmysły skupiają się na mieszkańcach Pustki.

Są blisko, bardzo blisko, i zmierzają w stronę powierzchni. Gdzieś na pustyni.

Czuję, że ich przedarcie się na powierzchnię jest nieuchronne, tak jak czuje się spadek ciśnienia przed burzą.

Mój hełm opada na swoje miejsce i w moim polu widzenia pojawiają się wzory światła i ciepła.

Gdy słyszę szczęk stali i krzyk, odwracam się z powrotem ku osadzie.

Przenoszę wzrok na pole treningowe, na którym mnóstwo kobiet i mężczyzn stoi w szeregach. Przyglądam się im ze zdziwieniem — nie wiem, co robią. Nagle to do mnie trafia.

Trenują przed walką.

Jeden mężczyzna na nich krzyczy, napełniając ich serca odwagą, a dusze ogniem.

Nie słyszę jego słów, ale widzę jego twarz tak wyraźnie, jakby stał tuż obok mnie.

To hetman, którego zabrałam pod ziemię.


Skaczę ze skały na skałę, zdążając w kierunku osady.

Bliskość stworów z Pustki odczuwam jako narastające ciśnienie w czaszce.

Nie minie dużo czasu, zanim się tu pojawią.

Przeskakuję przez zagrodę dla zwierząt, bydło pierzcha i panikuje, czując mój zapach.

Mieszkańcy osady z początku wcale mnie nie zauważają. Wtem słyszę krzyki wszczynające alarm, wydobywające się z gardeł ludzi, którzy mnie zobaczyli. Idę prosto na hetmana i od razu czuję w żyłach pulsujący gniew.

Przecież mu pokazałam! Dlaczego mnie nie posłuchał? Dzięki mnie na własne oczy zobaczył potworności żyjące pod powierzchnią. Chciałam, żeby poczuł, jakie przerażenie budzą samą swoją obecnością, i żeby opowiedział o tym przerażeniu swoim pobratymcom.

Lecz wzmocniłam jedynie jego wolę stawiania oporu i walki.

Każda osoba, która tutaj zginie, zginie z mojej winy. Będę miała ich krew na rękach.

Chciałam temu zapobiec, ale przypieczętowałam ich los.

Mężczyźni i kobiety uciekają przede mną, są przerażeni, mimo że trzymają w rękach broń. Twarz hetmana przybiera poważniejszy wyraz. Ostatnim razem, gdy go widziałam, był przerażony, ale jego przerażenie zamieniło się w nienawiść.

Z jego oczu da się wyczytać, że myśli, że przyszłam go zabić, i może tak jest.

Moja maska otwiera się gwałtownie, gdy zatrzymuję się przed nim.

— Dlaczego jeszcze tu jesteście? — krzyczę, smakując gorące, pustynne powietrze. Czuję narastającą obecność Pustki, ukrytą pod zapachami dochodzącymi z osady. To jak gryzienie miedzianej monety. — Odejdźcie stąd!

— Cofnij się, demonie — rzuca hetman. — Zwiastujesz nadejście bestii!

Nie potrafię zrozumieć, co ma na myśli. Nagle doznaję oświecenia.

— Myślisz, że to ja sprowadzam potwory…?

— Znam cię — wypluwa słowa, podchodząc do mnie. — Jesteś córą Pustki. Gdziekolwiek idziesz, potwory idą za tobą.

Kręcę głową, jestem gotowa odszczeknąć prosto w twarz…

Ale nagle zaczynam się zastanawiać, czy ma rację.

Walczę z Dziećmi Pustki, gdziekolwiek mogę, gdziekolwiek je znajdę.

Unoszę rękę przed sobą, patrząc na cienkie jak włos strugi fioletowego światła pobłyskujące w płytach mojego pancerza. Do teraz myślałam, że jest częścią mnie, że to ja go kontroluję, lecz co, jeśli nie panuję nad nim w całości? Narzucam mu swoją wolę i strugi światła gasną.

Czy to możliwe? Czy moja obecność przyciąga stwory z Pustki?

Nie, wiedziałabym o tym. Wiedziałabym o tym, że jakimś cudem wabię je na powierzchnię.

Moje zwątpienie przeradza się gniew, ostrza ze światła jaśnieją wokół moich rąk.

— Raz już ci uciekłem — powiedział hetman, unosząc miecz. — Pokonamy bestie, którym przewodzisz.

— Uciekłeś? — pytam, nie dowierzając. — Naprawdę myślisz, że tak właśnie było?

Hetman wykonuje zamach mieczem, ale z łatwością go blokuję. Nie potrafi zbyt dobrze władać mieczem, więc łatwo mi unikać jego ataków. Okrążam go, gdy wyprowadza cios za ciosem. Mieszkańcy miasta zebrali się wokół mnie, krzykiem dopingując swojego przywódcę, by zadał śmiertelne uderzenie. Mój pancerz reaguje na jego ciosy i agresję tłumu, wypełniając moje ciało żądzą walki, żądzą zabijania.

Widzą moją drugą skórę, ale nie zdają sobie sprawy z zagrożenia, w jakim się znajdują.

I nie chodzi tutaj o Pustkę. Chodzi o mnie.

Nie widzą dziewczyny pod pancerzem. Nie chcą jej widzieć.

Łatwiej jest im uwierzyć, że jestem potworem.

Czuję, jak gniew i poczucie zdrady zamienia moje serce w kamień. Dlaczego mam walczyć, żeby ich ratować? Dlaczego kurczowo trzymam się swojego człowieczeństwa, kiedy tak wielki ból sprawia mi wspominanie tego wszystkiego, co straciłam?

Dlaczego by nie stać się potworem, za którego mnie mają?

Czy tak nie byłoby prościej?

I wtedy widzę coś więcej niż wściekłą twarz hetmana. Widzę dziadków przyglądających się wszystkiemu z progów domów, które wznieśli własnymi rękoma. Widzę młode matki trzymające swoje nowo narodzone dzieci przy piersi. Widzę tysiące wyrazów miłości i drobnych dobrych uczynków, które na co dzień pozostają niezauważone.

Dlatego walczę z potworami.

Stawiam im czoła w imieniu ludzi niemogących się postawić, bo nikt nie walczy tak jak ja.

Albowiem jeśli ja ich nie obronię, to nikt tego nie uczyni.

I co wtedy zostanie z dziewczyny, która powróciła?

Każda wojna wymaga jednak poświęceń. Tyle już poświęciłam — a teraz wiem, że muszę poświęcić jeszcze więcej. Tym razem to nie ja przypłacę to krwią, lecz i tak to odczuję.

Wykonuję pełny obrót. Wszyscy mieszkańcy osady patrzą na hetmana. To on jest ich siłą, jedynym powodem, dla którego wciąż tu są. Napełnił ich serca odwagą i wolą walki z wrogiem, z którym nie da się walczyć, z którym nie da się negocjować i który rośnie w siłę z każdym pochłoniętym przezeń istnieniem.

Jest tylko jeden sposób na zakończenie tego tak, żeby nie wszyscy zginęli.

Blokuję kolejne niezdarne uderzenie hetmana, a gdy jego miecz leci na bok, wykonuję obrót i uderzam pięściami otoczonymi świetlnymi ostrzami prosto w jego pierś.

Paląca energia wlewa się w niego, wypełniając jego ciało światłem. Przez chwilę każda jego żyła, każde zakończenie nerwowe i każda kość płoną gorącą światłością, po czym jego ciało wybucha.

To okropne, ale nie mogę teraz przestać. Bliskość Pustki przyprawia mnie o potworny, skręcający ból w trzewiach. Powietrze nagle zmienia się — wiem, że Pustka wyszła na świat na górze.

Jest na powierzchni i właśnie zmierza do nas.

Odwracam się od spalonego, przemieniającego się w nicość truchła hetmana, a gdy upada na piach, ledwo można rozpoznać, że należało kiedyś do człowieka. Ludzie uciekają przede mną w przerażeniu, gdy komory na moich ramionach wysuwają się i napełniają śmiercionośnym światłem. Czuję, jak narasta we mnie palące ciśnienie, pragnące znaleźć ujście.

Wystrzeliwuję pocisk z wirującego światła, który przemienia opuszczony sklep z ziarnem w pogorzelisko. Płonące nasiona i kosze wysypują się ze zgliszczy. Unicestwiam rynek kolejnymi lśniącymi pociskami, a podpalone jedwabne markizy podnoszą się niczym płonące żagle.

Białofioletowy ogień przecina osadę i wybucha z niewiarygodną siłą. Ludzie uciekają z krzykiem, gdy niszczę ich domy. Myślą, że próbuję ich zabić, że robię to, bo stałam się czymś potwornym, ale to nieprawda.

Niszczę tylko te budynki, o których dzięki wzrokowi ulepszonemu przez hełm wiem, że są puste.

Burzę nieobsadzone mury i barykady, wszystko, co mogłoby dawać nadzieję mieszkańcom osady, że mają szansę w walce z Pustką.

Nie próbuję ich zabijać. Po prostu chcę, żeby stąd uciekli.


Nastała noc. Rozglądam się ze szczytu skalnej iglicy nad płonącą osadą, z jedną stopą na czaszce, którą pozostawiłam jako ostrzeżenie. Horda Dzieci Pustki wspina się ku mnie. Widzę mrowie kłapiących szczęk, powykręcanych kończyn i nieludzkich sylwetek.

Brzmią jak rój wygłodniałych insektów pożerających łan zboża.

Nie jestem w stanie ich policzyć, nie ma jak stwierdzić, gdzie kończy się jedna bestia, a gdzie zaczyna się następna. To jedna wielka masa zębów i pazurów. Nieokiełznane zniszczenie, któremu nadano kształt.

Dzieci Pustki wyczuwają moją obecność i nawet nie próbuję uciekać.

Bo jeśli idą po mnie, zostawią osadników w spokoju.

Na horyzoncie płonie chorobliwe światło nie z tego świata, a rozgałęzione snopy jaskrawego, fioletowego światła wydobywają się spod rozdartej ziemi daleko na pustyni.

Mieszkańcy osady uciekli już dawno temu, prowadząc swoje zwierzęta za kolorowymi wozami wypełnionymi rzeczami, z którymi nie potrafili się rozstać. Oddalili się o wiele kilometrów na zachód, poruszając się w kolumnach niczym dawni jeźdźcy dormunów.

Będą trzymali się piaskowych dróg wiodących ku nowym wodom. Będą szli, aż zdołają zacząć wszystko od nowa.

I w tym właśnie rzecz. Żeby zacząć wszystko od nowa, muszą być żywi.

Pamiętam wyrazy ich twarzy, gdy oglądali się za siebie, żeby spojrzeć na swoje utracone domy. Pokazywali wysoko na iglicę, na mnie, i przeklinali mnie. Wspomnienie ich twarzy wciąż sprawia mi ból. Były tak pełne strachu i nienawiści.

Będą żyć z tą nienawiścią i opowiadać historie o zapomnianej dziewczynie, która już nią nie jest. Będą opowiadać, jak zabiła ich bohaterskiego przywódcę i zrównała z ziemią ich domy. Każdy opowiadający tę opowieść doda coś od siebie i będzie ona rosnąć, tak jak mają w zwyczaju shurimańskie opowieści, aż zasłynę jako morderczyni bez serca, zabójczyni kobiet i dzieci.

Pancerz znowu opada mi na twarz, gdy pierwsze potwory wdrapują się na krawędź. Fioletowy ogień okala moje dłonie. Czuję znajomy przypływ adrenaliny, gdy moje ciało wypełnia się ciepłem.

Jeśli muszę się taka stać, żeby moi pobratymcy mogli żyć, to niech tak będzie.

Zniosę ten ciężar.

Będę ich potworem.


Podziel się ze znajomymi!